Prezeska "Forte" o tym kim chciała zostać i o przeprowadzce do Ostrowi Mazowieckiej
- Absolutnie nie. Chciałam być lekarką, a firmę utożsamiałam raczej z częstymi wyjazdami ojca lub przyczyną szybszego powrotu ze wspólnych wakacji niż miejscem, gdzie mogłabym się realizować. W szkole średniej moje zamiłowanie do matematyki i geografii przeważyło i zdałam na warszawską SGH.
Co konkretnie zadecydowało, że przejęła pani firmę w zeszłym roku?
- Sukcesję przygotowywaliśmy już od dłuższego czasu, ale pandemia odsunęła nasze plany, bo gdy wybuchła, skupiliśmy się na zarządzaniu kryzysowym. Jednocześnie sprawiała, że mocniej zaangażowałam się w działania operacyjne firmy. W ciągu jednego dnia spakowałam rodzinę i przeprowadziliśmy się z Warszawy do Ostrowi Mazowieckiej, żeby być bliżej firmy, a ojciec ze względów bezpieczeństwa i konieczności izolacji odsunął się nieco od bieżącego zarządzania.
Jaki miała pani wtedy plan?
Będąc na studiach, szukałam swojej drogi. Pracę dyplomową pisałam na temat stacjonarnej pomocy społecznej dla ludzi starszych w Polsce i w Niemczech. Nigdy nie czułam presji ze strony ojca, żeby dołączyć do firmy, i raczej miałam przekonanie, że nie zwiążę z nią swojej przyszłości. Chciałam jednak sama się przekonać, z czego rezygnuję, i świadomie podjąć decyzję. Niedługo po studiach ojciec zaproponował mi, żebym w roli tłumaczki pojechała z nim na targi do Malezji.
Cały wywiad z prezeską „Forte” Marią Florczuk w najnowszym miesięczniku „Forbes”, a także na stronie






